Kanapowi rewolucjoniści z Elbląga. Mamy rację, więc możemy dalej spać.

Stało się. Po latach wnikliwego śledzenia lokalnych portali, po tysiącach napisanych w głębokiej zadumie komentarzy i po setkach wirtualnych bojów, my – mieszkańcy Elbląga – doszliśmy do momentu ostatecznego oświecenia. Z pełną powagą, rzadko spotykaną elokwencją i bezbrzeżną dumą musimy to wreszcie głośno ogłosić, że mamy absolutną rację.

W końcu przejrzeliśmy na oczy i z chirurgiczną precyzją potrafimy wskazać palcem, komu zawdzięczamy ten uroczy stan zawieszenia. Doskonale wiemy, kto odpowiada za to, że nasze miasto stało się fascynującym laboratorium miejskiego zarządzania.

Wiemy, kto od 2010 roku cementuje tutejsze gabinety solidniej niż ekipy kładące kostkę brukową na chodnikach. To „oni” – partyjna ekipa, kółka wzajemnej adoracji, kolesiostwo i nepotyzm. Jakże to odświeżające uczucie: wiedzieć wszystko, mieć na wszystko dowody i… nie musieć z tym robić absolutnie nic, bo przecież o 21:00 i tak gaszą w tym mieście światło.

Diagnostyka z kanapy, czyli elbląski sport narodowy

Bądźmy ze sobą brutalnie szczerzy – elbląska samokrytyka to majstersztyk formy nad treścią. Wykształciliśmy w sobie genialny, wręcz unikalny w skali kraju mechanizm obronny. Jesteśmy jak nowocześni chłopi pańszczyźniani, którym do pełni szczęścia i patriotycznego lokalnego uniesienia, wystarczy postawienie kolejnej plastikowej donicy, mini Piekarczyk do pogłaskania na Starówce i coroczna „majówka z prezydencką grochówką” przy koncertowej scenie.

Gdy wokół nas tętni życie, a inne ośrodki bezwstydnie pomnażają kapitał, my z bezpiecznej pozycji własnej kanapy uprawiamy dyscyplinę, w której nie mamy sobie równych: oglądanie bezczeszczonych pereł.

Trzeba wykazać się doprawdy „menedżerskim geniuszem”, aby światowy potencjał Galerii EL sprowadzić do poziomu artystycznej żenady. Ale czy my – mieszkańcy – protestujemy? Skądże. Zamiast tego z lubością „ćwierkamy” w mediach społecznościowych i żywo dyskutujemy o kolejnych przez nas rozumianych jako aferach, na przykład tej z „motorówką”. Przecież to o wiele bardziej ekscytujące niż realne wymuszenie zmian w Mieście.

Tymczasem kluczowe punkty naszego miasta po prostu niszczeją. Reprezentacyjny deptak przy ulicy 1 Maja i Barbakan zarastają chaszczami. Amfiteatr w Parku Dolinka straszy brakiem podstawowej infrastruktury – nie ma tam ani lodziarni, ani punktu z napojami, ani nawet toalety. Centrum zamienia się w miasto widmo, z którego masowo uciekają studenci.

Naturalnie, z głębokim smutkiem obserwujemy exodus młodych talentów do Gdańska czy Warszawy. I znów zrzucamy winę na brak silnego uniwersytetu, który działałby jak pompa ssąca nową energię.

Ale umówmy się – po co młodym uniwersytet, skoro miasto przygotowało dla nich bezkompromisową, konkurencyjną ofertę w postaci… corocznych, „niezwykłych” koncertów i festynów z obfitością „prezydenckiej grochówki” i piwa?

Gdy zapada godzina 21:00, Elbląg zamienia się w mroczny, postapokaliptyczny plan filmowy. Dawne serce Miasta stało się „centrum-widmo” – smutnym krajobrazem zdominowanym przez banki i apteki, gdzie jedyną dostępną rozrywką po zmroku pozostaje liczenie strat lokalnych przedsiębiorców. Ale za to jaki mamy wtedy święty spokój! Żaden zbłąkany student nie krzyczy pod oknem, żaden zamożny turysta nie zakłóca błogiego snu elbląskim urzędnikom.

Czy „elbląski układ władzy”, to wina wyłącznie rządzących, czy może naszej ugodowości i naszej wyborczej decyzji ?

Oczywiście, że naszej. Jakże jednak ta ugodowość jest nam droga. Gdybyśmy nagle zażądali zmian, musielibyśmy zderzyć się z rzeczywistością, a to wymagałoby już od nas realnego wysiłku.

Chociaż szkoda, bo dzięki temu mógłby ruszyć biznes, który pozwoliłby nam w pełni wykorzystać marnowany dotąd „Złoty Bilet” – na przykład całoroczny jachting. Elbląska Starówka mogłaby tętnić życiem dzięki luksusowym jednostkom, całorocznym centrom szkutniczym oraz infrastrukturze do zimowania łodzi

Strategia przebudzenia… od poniedziałku

Czyli wiemy już wszystko. Wiemy, że strategia „jakoś to będzie” ostatecznie zbankrutowała. Zdajemy sobie sprawę, że czas najwyższy rozliczyć każdą urzędniczą pensję z twardych deklaracji:

  • Stworzenia nowych miejsc pracy,
  • Wybudowania mieszkań komunalnych,
  • Wprowadzenia darmowej komunikacji dla uczniów, itp.

Wiemy nawet, że samo posiadanie w ręku takiego narzędzia jak referendum, to potężny bat na partyjny beton.

Jesteśmy niesamowicie mądrzy, świadomi i potwornie dumni z tego, jak doskonale przejrzeliśmy ten układ.

Pozostaje tylko jedno, drobne pytanie: czy ten elbląski, „Śpiący Gigant”, który drzemie w nas, ma zamiar w końcu głośno ryknąć i przewietrzyć urzędnicze gabinety, czy może po prostu przeciągnie się leniwie, poprawi kocyk i uzna, że bezpieczny, urzędniczy „święty spokój” jest jednak znacznie wygodniejszy?

Świadomość mamy pełną. Rację sobie przyznaliśmy. A teraz, drodzy Elblążanie, wracajmy na kanapy. W końcu minęła już dwudziesta pierwsza.

Edmund Szwed

Przewijanie do góry