O sztuce politycznych iluzji w Elblągu

Gdy na półmetku swojej kadencji prezydent Elbląga, Michał Missan, oświadcza na łamach portelu, że „już nie musimy gonić króliczka, tylko za chwilę go po prostu złapiemy”, trudno nie docenić pogody ducha. Optymizm to w polityce waluta szlachetna, choć niestety rzadko wymienialna na twardą gotówkę. Kiedy bowiem tę sielankową wizję zestawimy z realnymi problemami miasta i stanem finansów, rychły sukces zaczyna niebezpiecznie przypominać fatamorganę.

Przyjrzyjmy się temu bliżej – bez zadęcia i emocji politycznych, za to z merytorycznym dystansem.

Większość Elblążan doskonale wie, jak wygląda rzeczywistość bez retorycznego pudru. Codzienne troski, rosnące koszty i realne trudności to chleb powszedni wielu rodzin.

Zapewne jest też część Elblążan, która chce zagospodarować miasto, uchronić je przed gospodarką degradacją i wspólnie stawić czoła wyzwaniom, takim jak zbliżające się widmo drastycznych podwyżek energii elektrycznej, za wywóz śmieci i energii cieplnej wynikających z unijnych dyrektyw. Czas najwyższy, by władza przestała gonić wyimaginowane króliki, a zaczęła odpowiadać na twarde realia swoich obywateli.

Sam kierunek obrany przez miasto jest właściwy. Wskazanie portu jako motoru napędowego gospodarki – z uwzględnieniem opłat portowych, tonażowych, przystaniowych, pasażerskich, przeładunkowych oraz dochodów z marin i pętli żeglarskich (m.in. w Elblągu i Tolkmicku) oraz przyciąganie inwestorów pokroju GE Vernova czy branży nawozowej zasługują na pełne uznanie.

Szkopuł tkwi jednak w kalendarzu. Nowy terminal ma zostać oddany do użytku w październiku 2029 roku, podczas gdy obecna kadencja prezydenta kończy się w maju 2029 r. Przeniesienie finału flagowej inwestycji poza horyzont własnego mandatu to klasyczny manewr z cyklu „niech się inni martwią o momentum”. Co więcej, liczenie wyłącznie na to, że „operator sam namówi armatorów”, to pobożne życzenia. Przy tak strategicznym projekcie niezbędne są twarde wskaźniki efektywności (KPI) dla operatora, a nie liczenie na łut szczęścia.

Prezydent deklaruje otwartość na narzędzia dłużne, celując w pulę 80 milionów złotych i argumentując z urokliwą swobodą: „miasto ma najlepszą koniunkturę od lat, więc trzeba się zadłużać”.

I tutaj zapala się mocna lampka ostrzegawcza. Gdzie podziała się nowoczesna inżynieria finansowa? Port w Elblągu to podręcznikowy przykład projektu, który w przyszłości będzie generował konkretne strumienie dochodów (opłaty nabrzeżne, dzierżawy, przeładunki). Zamiast tradycyjnych kredytów obciążających bieżący budżet, miasto powinno sięgać po obligacje przychodowe, które spłacają się bezpośrednio z zysków samej inwestycji. Luźne podejście do długu uzasadniane jedynie „dobrą koniunkturą” grozi procyklicznym poluzowaniem dyscypliny fiskalnej. Dług samorządowy musi być precyzyjnie spięty ze stopą zwrotu z inwestycji (ROI).

Prawdziwym mistrzostwem świata w dziedzinie „oszczędności na własne życzenie” jest decyzja o wstrzymaniu członkostwa w Metropolii Pomorskiej. Powód? Unikanie stałej składki rzędu 1,1 miliona złotych rocznie.

Przy budżecie Elbląga przekraczającym miliard złotych ta kwota to zaledwie promil wydatków. W zamian miasto odcina się od trójmiejskiego rynku pracy, wspólnego lobbingu gospodarczego i bezcennego kapitału aglomeracyjnego.

Zasłanianie się historyczną dumą hanzeatycką i lękiem przed „byciem na przyczepce” wygląda bardziej na zręczny chwyt retoryczny, mający przykryć brak odwagi do prowadzenia trudnych negocjacji regionalnych. Powoływanie się na formalizmy prawne o braku ciągłości terytorialnej to wyłącznie zasłona dymna – granice i ustawy można zmieniać, jeśli tylko istnieje ku temu silna wola polityczna.

Podsumowanie

Wywiad rysuje portret samorządowca, który zręcznie, acz nie do końca skutecznie radzi sobie z bieżącym, mikroekonomicznym gaszeniem pożarów. Jednak na poziomie makroekonomicznym i strategicznym wyraźnie brakuje odwagi oraz odrobiny wyobraźni.

Zamiast nowoczesnych instrumentów dłużnych mamy tradycyjny dług, a zamiast śmiałej integracji metropolitalnej – zachowawczą kalkulację księgową.

Czy to wystarczy, by złapać upragnionego króliczka? Być może. Pytanie tylko, czy na mecie nie okaże się, że złapaliśmy… własny ogon.

Edmund Szwed

Przewijanie do góry